Kredyty dla „frankowiczów” będą darmowe?

Małe przypomnienie dla ciemniaków - skąd popyt na mięso


We współczesnym świecie nie ma nic za darmo, dobrze to oddaje powiedzenie, że „darmowych obiadów nie ma”. Kiedy ktoś cię zaprasza na obiad, to, wyłączając rodzinę i najbliższych przyjaciół, z reguły coś od ciebie chce.

Dzisiejszy świat zupełnie zwariował na punkcie posiadania. Media, szczególnie telewizja i kolorowa prasa, promują styl życia „na bogato”, modne ciuchy, piękne mieszkania, luksusowe samochody, prywatna opieka medyczna, zagraniczne wyjazdy. To wszystko trzeba mieć i to zaraz, najlepiej na początku dorosłego życia. Jak to zdobyć, kiedy pierwsze pensje są zdecydowanie poniżej kosztów zakupu 1m2 mieszkania, a nieduże mieszkanko ma tych metrów kwadratowych 50? A ponadto, to wstyd mieszkać w tak małym mieszkaniu, kiedy zakłada się rodzinę i chce się prowadzić bujne życie towarzyskie, więc najlepiej kupić większe mieszkanie, a może nawet dom. Zakup mieszkania, to jedno, wyposażenie w meble, to drugie, a tu potrzebny jeszcze sprzęt AGD, RTV, no i samochód, a wszystko kosztuje. Ale od czego są kredyty? Nie zawsze masz gotówkę na drobne zakupy(?), bierz karty kredytowe, spłatą będziesz martwił się później.

Kiedy bierze się kredyt, a teraz prawie wszyscy jakieś tam kredyty mają, to trzeba się liczyć z tym, że ten kredyt trzeba zwrócić ze sporą nawiązką. Wyliczą ci, że na ten kredyt cię stać, odpowiednio zachęcą, więc czego masz nie wziąć, zapłacisz później. Dostajesz umowę kredytową, która zawiera szczegółowe zapisy, często pisane drobniutką czcionką, czytać to trudno, ale przecież cię zapewniają, że wszystko gra, więc podpisujesz. Masz dom, samochód, jeździsz na drogie wczasy, na wszystko cię stać, dzięki kredytom. Żyć, nie umierać.

Na przełomie lat 2003/2004 nasze banki zaczęły masowo udzielać kredytów we frankach szwajcarskich. Do brania tych kredytów zachęcało niskie oprocentowanie i choć pewien niepokój budziła niepewność kursów walutowych, to czujność usypiał niski kurs franka szwajcarskiego, choć akurat to powinno kredytobiorców mocno niepokoić. Pewnie wszyscy zakładali, że niski kurs franka długo się utrzyma, ale tak się nie stało, a jego wzrost, jak później się okazało, miały ogromny wpływ na wysokość rat kredytowych. Ludzie płakali, protestowali, szukali pomocy u polityków i w sądach, bo uważali, że banki ich oszukały. Politycy obiecali pomoc, a adwokaci ochoczo wzięli się do pracy, bo przecież zawsze tak jest, że gdzie strony się sądzą, tam adwokat korzysta.

Przez dłuższy czas wyroki sądowe niewiele „frankowiczom” dawały, niby sądy były po ich stronie, ale interpretacja zawieranych umów mówiła jedno, trzeba spłacać kredyty na zasadach zawartych w umowach. Nastąpił jednak pewien wyłom w sądowych wyrokach dotyczących kredytów frankowych. Oto warszawski sąd apelacyjny podtrzymał wcześniejszy wyrok sądu rejonowego, który mówił, że umowa kredytowa, której podstawą były przeliczenia we frankach szwajcarskich, zawarta między klientem, a bankiem jest nieważna (podobne stanowisko w sprawie kredytów frankowych zajął w czerwcu br SN). To ciekawe, że jednym z sędziów składu sędziowskiego SN był sędzia, który sam miał kredyt we frankach szwajcarskich, więc był wyraźnie zainteresowany sprawą, ale SN uznał, że nie musi on wyłączyć się z orzekania. Swoi popierają swoich?
Co oznaczają wyżej opisane wyroki sądowe? Te wyroki oznaczają tyle, że udzielony kredyt musi być rozliczony wg zerowej stopy kredytowej (stawka LIBOR), a klient musi bankowi oddać dokładnie taką samą kwotę, jaką otrzymał od banku w polskiej walucie. Bank dodatkowo musi pokryć jeszcze koszty postępowania odwoławczego. Czy wszyscy mogą być zadowoleni? Z rozmowy między panią adwokat, która ten proces wygrała, a redaktorem prowadzącym program w radio, można odnieść wrażenie, że oprócz zadowolenia rodzi się też i poważna obawa, że wraz z tym wyrokiem, a wszystko dzieje się jeszcze przed wydaniem orzeczenia w podobnych sprawach przez TSUE, zaczną się kłopoty dla banków, które walutowych kredytów udzielały. Jeżeli w sądach pojawią się masowo wydawane wyroki unieważniające umowy bankowe o udzielanie kredytów walutowych z warunkami rozliczenia między bankiem, a klientem, jak wyżej opisane, to banki będą zmuszone ogłaszać upadłość, co niektóre z nich już zresztą zapowiadały. Roszczenia klientów wobec takich banków, o zwrot nadpłat wynikających z rozliczenia kredytów z zerowym oprocentowaniem będą nieściągalne, a Bankowy Fundusz Gwarancyjny nie jest zobowiązany do ich regulowania. Kto zatem na takim rozwiązaniu skorzysta? Na pewno nie będą z tego mieli żadnych korzyści przeciętni klienci banków, którzy kredytów nie zaciągają, a jeżeli już, to w polskiej walucie, ani też ci, którzy trzymają w bankach swoje oszczędności. I tylko bankierzy będą poklepywali się po plecach, że im znowu żadna krzywda się nie stała.
„Frankowiczów” powinna najść jednak pewna refleksja, że „darmowych obiadów” naprawdę nie ma, a obciążanie swoimi kłopotami całego społeczeństwa nie jest w porządku. Czy jednak sądy, które rzekomo są sprawiedliwe, nie mogły inaczej sprawy rozstrzygnąć? Czy niesprawiedliwe byłoby rozliczenie frankowych kredytów w przeliczeniu na polską walutę i z oprocentowaniem, jak dla kredytów w niej udzielanych?





Source link

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*